20 sierpnia 2017

Włochy z ATASem

Krople deszczu z hukiem obijają się o parapet i powoli spływają po mojej szybie. Niebo jest ciemne. Tak pogoda przywitała mnie w Polsce. Ja siedząc pod ciepłą kołdrą w dłoni ściskam breloczek z Werony- jedyną pamiątkę jaką przywiozłam ze sobą po Polski z obozu z ATASem. Obracam ją w palcach, oglądam z każdej strony i jestem zupełnie gdzieś indziej.
Przed sobą mam Wenecję. Pierwsze miejsce jakie zobaczyłam we Włoszech. Kanały, jedyne takie na świecie, charakterystyczne gondole pełne turystów. Zero jezdni, świateł, samochodów. Setki mostów. Wąskie uliczki, liczne zaułki, odrapane ściany, piękne zielone rośliny w oknach wyższych budynków. Wszystko to widzę jeszcze raz. Jeszcze raz czuję ten niepowtarzalny klimat i słońce muskające mnie po odkrytych ramionach. Było gorąco, ponad trzydzieści pięć stopni... Ale nawet wysoka temperatura nie przeszkadzała w poznawaniu, zwiedzaniu, oczekiwaniu w długiej kolejce, by zobaczyć przepiękną bazylikę Św. Marka od środka. Zieleń wody po której pływają słynne gondole, cisza niezakłócona odgłosami silników i niepowtarzalna atmosfera tego miasta, której po prostu trzeba doświadczyć jeszcze nie raz mi się przyśni.
Zaraz potem wspomnieniami przenoszę się do Florencji. Miasta Dantego, Sandro Botticelli czy Leonarda da Vinci. Stoję na Piazza della Republika. Delektuję się każdym oddechem w tym wyjątkowym miejscu. W powietrzu czuć coś co trudno opisać słowami. Czuć sztukę. Jakby spotkanie z duszami wielkich artystów, którzy kiedyś stawiali kroki na tej samej ulicy na której teraz jestem. Idąc przez Vasari Corridor- korytarz prowadzący przez budynki i mosty wydaje mi się jakbym była bohaterką w jednego z moich ulubionych filmów- Inferno. Ja jednak nie biegnę jak Roberta Lagndon, nie uciekam. Kroczę pomału delektując się każdą chwilą i każdym widokiem. Doświadczam. W małej restauracji próbuję prawdziwej włoskiej pizzy. Rzeczywiście, smakuje zupełnie inaczej niż ta podawana w polskich pizzeriach. Wchodzę w wąskie, kręte uliczki. Chłonę to miejsce i jestem nich totalnie zauroczona. Mam wrażenie jakby czas zatrzymał się tam dawno temu...
Odkrywanie Rzymu zaczynam od Watykanu. Stoję na Placu Św. Piotra z głową uniesioną ku górze, w stronę okna z którego w języku włoskim przemawia Papież Franciszek. Wokół mnie jest naprawdę dużo ludzi, którzy klaszczą głośno kiedy tylko okno się zamyka. Jak najszybciej staramy się przecisnąć przez tłum, by udać się na dalsze zwiedzenie. Łuk Konstantyna, Forum Romanum, Plac Wenecki, Panteon- wszystko to widzę na własne oczy. Chowam się przed gorącym słońcem w cieniu Koloseum. Pijąc wodę spoglądam na liczący prawie dwa tysiące lat teatr. Ogromny, robi wrażenie. Wyobrażam sobie dawne walki gladiatorów, polowania na dzikie zwierzęta, które kiedyś miały tam miejsce. Dalej mam czas wolny, by trochę posmakować Rzymu samemu przy najsłynniejszej fontannie świata- Di Trevi. Jasno turkusowa woda tak kontrastuje z białymi rzeźbami, że aż zapiera dech w piersi. Ostatnie spojrzenie w Rzymie rzucam na słynne Schody Hiszpańskie i niestety wraz z całą grupą ruszam w stronę metra. Ale jeszcze kiedyś tam wrócę, na pewno... W końcu wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.
Zamykam oczy i czuję jak morze spokojnie szumi, faluje i unosi prom, którym płyniemy na Capri. Siedzę na górnym pokładzie w zacienionej części i spoglądam na port w Neapolu, który rozmywa się bardziej z każdą sekundą aż w końcu całkiem znika za linią horyzontu. Jest dość wcześnie, jestem jeszcze trochę zaspana, więc rejs mija dość szybko. Stawiam pierwsze kroki na ulicach wyspy i już jestem oczarowana. Wita mnie intensywny zapach cytryn. Jest przepięknie. Wąskie uliczki, ręcznie malowane kafelki, ozdabiane kwiatami wejścia na posesje. Każdy detal do siebie pasuje. Woda jest tak czysta i niebieska, że żadne słowa nie są w stanie oddać mojego zachwytu. Ogrody Augustusa tak zadbane, zielone i pełne kwiatów, że aż ciężko to opisać. Dobrze, że ich obraz pozostał w mojej pamięci.


Następne dni upływają powoli. Słodkie lenistwo. Gorące włoskie słońce, piaszczysta plaża i słona woda Morza Śródziemnego. Soczyste arbuzy i ulubiona muzyka płynąca z głośnika. Uśmiecham się na samą myśl o tych chwilach. Jak bardzo będzie mi tego brakować już niedługo, w roku szkolnym...
W między czasie odwiedzamy jeszcze polski cmentarz na Monte Cassino. Tablica przy wejściu z napisem "Przechodniu, powiedz wszystkim, że polegliśmy z honorem. Ducha oddaliśmy Bogu, serca Polsce, ciało ziemi Włoskiej" chwyta ze serce. Oddajemy hołd poległym w walce za naszą wolność minutą ciszy.
Wycieczka do Pompei była jak podróż w czasie. Miasto zniszczone początkiem naszej ery przez wybuch wulkanu to teraz żywe muzeum. Spacerując wśród odrestaurowanych ruin rzeczywiście można poczuć się jak obywatel starożytnego włoskiego miasta. Pozostawione ślady, takie jak malowidła na ścianach pozwalają niego poznać dawnych mieszkańców tego miejsca.
 Myślami lecę do miasta znanych na całym świecie kochanków. Werona. Romantyczna, jak w dramacie Szekspira. Urzekła mnie swoim klimatem i czystością. Miałam czas, by spokojnie pospacerować wąskimi uliczkami w których aż chciałoby się zgubić i krążyć tak bez końca. Znowu stoję na środku małego placu przy domu Julii. Lekko unoszę głowię i widzę balkon, pod nim pomnik Julii przy którym gromadzi się tłum turystów by zrobić zdjęcie i dotknąć prawej piersi, co według przepowiedni ma przynieść szczęście w miłości. Dookoła na ścianach tysiące listów miłosnych z całego świata i dziesiątki zapiętych kłódek z inicjałami. Myślę sobie- kiedyś tu wrócę i zostawię po sobie ślad.
 Zaraz po wspomnieniach z miasta nieszczęśliwych kochanków w głowie maluje mi się inny obraz. Wielkie wesołe miasteczko Gardaland. Ostatni punkt obozu. Fajnie, że ostatnie wspólne chwile z wakacyjnymi znajomymi spędziliśmy właśnie tak. Wysokie roller-costery i szalone karuzele. Nawet kolejki nie były tak długie jak się spodziewałam i szły dość sprawnie. Pamiętam dobrze- pogoda dopisywała, momentami aż za bardzo, ale wtedy świetnie sprawdziły się atrakcje wodne i przepyszne zimne lody. Dziewięć godzin przeznaczone na zabawę minęło błyskawicznie.
To był mój drugi wakacyjny obóz z ATASem. W ubiegłym roku razem z tym biurem szlifowałam swój angielski na Malcie, pisałam o tym tutaj. Tym razem ja- zakochana we Włoskiej kuchni, zauroczona językiem, piękną pogodą i miejscami- zdecydowałam się na Włochy Północ-Południe. Ten wyjazd był pełen zwiedzania, doświadczania, podziwiania miejsc znanych mi do tej pory tylko ze zdjęć. Jednak kolejny raz mogłam przekonać się jak ważne jest, by wyjazd był atrakcyjny, dopracowany w każdym szczególe, przemyślany i jednocześnie bezpiecznie zorganizowany, tak jak ten. Szczególnie gdy dotyczy to obozów dla dzieci i młodzieży. Dzięki takim właśnie podróżom można poczuć apetyt na świat.

 Część zdjęć w dzisiejszym wpisie wykonał mój kolega- Kuba Zych- instagram.com/pilotjakubzych
Jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia z Włoch na których jestem ja odsyłam Was na mój instagram- instagram.com/milionioliwka
_____________________________________________________________________________________
               
Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i widzieć mnie częściej wpadnij tutaj:
Snapachat- milionioliwka
Instagram- milionioliwka

6 komentarzy:

  1. Świetnie się to czyta. Widać że się rozwijasz, oby tak dalej!

    OdpowiedzUsuń
  2. Pochłonęłam ten post jak książkę. Cudownie piszesz,jestem pod ogromnym wrażeniem !

    OdpowiedzUsuń
  3. Super, że dzielisz się na blogu zdjęciami z podróży! Piękne miejsca, być może sama wkrótce tam pojadę <3 Pozdrawiam!
    Natalia z bloga nati-jest-fit.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. zazdroszczę wyjazdu choć na razie mam serdecznie dość opuszczania domu :)

    OdpowiedzUsuń

Dodając komentarz stajesz się częścią bloga! Weź jednak pod uwagę, że jest to mój teren, treść jest nieśmiertelna, a Ty mimo wszystko nie jesteś anonimowy.